Pinned Tweet
Skoro mnie niektórzy pytają, CO ja konkretnie robię dla Polski 🇵🇱 poza idiotycznymi tweetami:

Takie drobiazgi np.
Milion wyświetleń, 10 tyś polubień, i Niemcy, którzy zauważają, że jakoś dziadek im nie powiedział...

Większy impakt niż 8 lat polityki reparacyjnej PiS.
Surprisingly, the #Polonocide is STILL the largest unrecognized genocide in Europe.

Germany planned the total extermination of Poles: ethnic Poles as well as Polish Jews.

~3 mln Polish Jews AND ~3 mln ethnic Poles died as a result of the BEGINNING of the operation.

THREAD
20
91
636
15,582
Daniel Foubert 🇵🇱🇱🇹 retweeted
10-ducat Gdańsk Donatywa coin of King Zygmunt III Waza - a symbol of Gdańsk's inextricable belonging to the Crown of the Kingdom of Poland.
👑🇵🇱🪙
Photo. Marciniak Auction House
1
19
76
1,131
Jutro będzie na temat Gunther'a.

A Gunther był okropny. Uprzedzam.
4
0
5
1,940
If you beat up the same people the police are beating up, will the police beat you up too?
4
0
11
2,132
Bien fait pour le Narbé à la noix qui a toujours soutenu l'establishment et toutes ses politiques nocives.
Bain de sang sur le luxe

Les géants européens du secteur se paient au plus bas depuis plus de dix ans

Environ 330 Md€ de capitalisation sont partis en fumée depuis janvier

> $RMS -39%
> $KER ~-30%
> $MC ~-40%

Opportunité d'une vie ou couteau qui tombe ?
0
0
1
1,280
Daniel Foubert 🇵🇱🇱🇹 retweeted
Very few Ukrainians understand that. They are afraid to admit that surrendering Ukr to Muscovy was a historical mistake. Ukr. got acquainted with Western ways of organizing society via the Pol-Lit Comm. How can one introduce this into Ukrainian discourse? @d_foubert
The Polish-Lithuanian Commonwealth was the most peaceful and human empire in the history of mankind.

No colonies. No transatlantic slave trade. No Inquisition. While Spain burned people alive and Britain shipped Africans across the ocean, the Commonwealth gave religious freedom nd Orthodox Christians when the rest of Europe was drowning in blood.

The Warsaw Confederation of fifteen seventy-three was the first law in European history guaranteeing freedom of conscience.

It elected its kings. It had the largest parliament on the continent.

It was the first to abolish capital punishment for witchcraft in sixteen forty-eight — a century before most of Europe.

And unlike every other empire, it never fought a war of aggression. No invasions for conquest. Every conflict it entered was defensive.

It also developed Ukraine and Belarus economically — turned the wild steppe into farmland, built cities, trade routes, and institutions where before there was nothing but frontier.

It wasn't perfect. Nothing human is. But compared to every empire that came before or after, it was the closest thing mankind has ever built to a civilization that chose tolerance over terror.
0
2
4
486
Don't come to Poland.
Stay where you are.
22
21
333
8,067
Kto pisze się na wypad ekipą do Francji, żeby trochę się tam zabawić? 🇫🇷
10
0
23
2,136
Daniel Foubert 🇵🇱🇱🇹 retweeted
Jan Grubiński - Wschód księżyca (olej na płótnie, 65 x 104 cm), przed 1945. #PolishMastersofArt
1
24
187
3,444
May 14, 2027: Emmanuel Macron crawls out of the Élysée Palace after ten years of destruction.
2
13
127
2,065
Wiesiek się napierdolił po raz kolejny

Gdzieś niedaleko napierdalała artyleria. Z sufitu sypała się ziemia. Wiesiek podniósł głowę, rozejrzał się i poczuł, że zaraz go szlag trafi.

— NO JA PIERDOLĘ! ZNOWU?!

Był w Donbasie.

Znowu.

Przecież ostatnim razem udało mu się stąd spierdolić. Pamiętał nawet, że wrócił do Radomia, poszedł do sklepu, kupił pół litra i spotkał jakiegoś kolegę. Potem wypili drugie pół litra, potem trzecie, a następnie wydarzenia zaczęły się robić niejasne.

I teraz, kurwa, znowu Donbas.

— Wania! — wrzasnął do śpiącego obok Rosjanina. — Gdzie my jesteśmy?!

— Na froncie.

Wiesiek zamknął oczy.

— Ja pierdolę. Czyli znowu trzeba będzie uciekać.

Postanowił zacząć od śniadania.

W rosyjskiej armii śniadanie składało się z czegoś, co podobno było kaszą, chociaż równie dobrze mogło być pozostałością po rozebranym budynku. Wiesiek spróbował jednej łyżki, splunął i oznajmił, że nawet w Bytomiu takiego gówna nie dają.

Kucharz, który nie rozumiał polskiego, uznał to za komplement.

Wiesiek chciał zapalić papierosa, ale nie mógł znaleźć zapalniczki. Zaczął grzebać po kieszeniach. Wyciągnął paczkę fajek, dwa naboje, kawałek kiełbasy i granat, który ktoś mu wcześniej wręczył.

— A to co za chuj?

Obejrzał granat, wzruszył ramionami i położył go na stole. Granat stoczył się z blatu, odbił od buta kucharza i wpadł do sąsiedniej ziemianki.

Tam dwunastu rosyjskich żołnierzy grało w karty.

— O kurwa.

Jebnęło.

Ziemianka wyleciała w powietrze razem z kartami, stołem i dwunastoma Ruskimi.

Wiesiek popatrzył na dymiącą dziurę.

— No to się, kurwa, nagrali.

Po pięciu minutach przybiegł sierżant.

— KTO TO ZROBIŁ?!

— Nie wiem.

— JAK TO NIE WIESZ?!

— No, kurwa, wybuchło.

Sierżant zaczął oglądać zniszczenia. Dwunastu zabitych. Własnych. Żadnego Ukraińca w okolicy. Żadnego ostrzału. Żadnej możliwości zwalenia winy na przeciwnika.

Sierżant usiadł na skrzynce.

— Ja pierdolę. Mnie za to rozstrzelają.

Wiesiek poczuł, że wreszcie spotkał człowieka, który rozumie jego sytuację.

— Mnie też pewnie.

Sierżant zastanawiał się przez chwilę.

— To był ukraiński atak.

— Jaki atak?

— Ukraiński.

— Ale przecież...

— ZAMKNIJ, KURWA, MORDĘ!

Sierżant sporządził raport, w którym napisał, że dwunastu rosyjskich żołnierzy poległo bohatersko podczas odpierania ukraińskiego natarcia, a szeregowy Wiesiek osobiście powstrzymał przeciwnika.

Wieczorem Wiesiek tak się napierdolił, że zasnął z głową w misce.

Następnego ranka obudził się jako kapral.

Awans kompletnie go zaskoczył.

— Za co, kurwa?!

— Za bohaterstwo — oznajmił sierżant.

— Ale ja nic nie zrobiłem!

— Właśnie dlatego jesteś bohaterem. Gdybyś coś zrobił, musielibyśmy to opisać.

Wiesiek dostał sześciu żołnierzy, radio i zadanie pilnowania drogi.

Pierwszego dnia zgubił mapę.

Drugiego dnia zgubił radio.

Trzeciego dnia zgubił dwóch żołnierzy, których wysłał po wódkę. Wrócili dopiero po tygodniu, twierdząc, że zostali wzięci do niewoli. Wiesiek uznał, że to całkiem możliwe, ponieważ sam już od kilku dni nie wiedział, gdzie się znajduje.

Czwartego dnia dostał rozkaz zatrzymania ukraińskiego konwoju.

Wiesiek rozstawił swoich ludzi przy drodze i czekał.

Po godzinie pojawiły się ciężarówki. Trzydzieści sztuk, jedna za drugą, wszystkie z wielkimi literami Z na maskach.

Wiesiek spojrzał na nie podejrzliwie.

— Co to za pojebane znaczki?

— Nasze, panie kapralu — wyjaśnił Sasza, jeden z jego żołnierzy.

— Jakie, kurwa, nasze?

— Rosyjskie.

— Sasza, ty mnie nie wkurwiaj. Ruscy mają rosyjskie litery. A to jest jakieś jebane Z. Przecież nawet ja wiem, że po rosyjsku takiej litery nie ma.

Sasza chciał coś powiedzieć, ale Wiesiek już chwycił za radio, które w międzyczasie się odnalazło.

— Tu Wiesiek! Jadą!

— Kto jedzie?

— Wrogowie, kurwa!

— Potwierdzacie?

— Trzydzieści ciężarówek! Napierdalać!

Rosyjska artyleria zaczęła napierdalać.

Pierwsza ciężarówka wyleciała w powietrze. Druga stanęła w płomieniach. Trzecia wjechała do rowu. Reszta próbowała zawrócić, ale zrobił się taki pierdolnik, że kolejne pociski trafiały w ciężarówki stojące jedna za drugą.

Po dziesięciu minutach z rosyjskiego konwoju zaopatrzeniowego zostało trzydzieści wraków, kilka dymiących kraterów i bardzo poważny problem administracyjny.

Sasza patrzył na płonące pojazdy.

— Panie kapralu...

— Co?

— To naprawdę byli nasi.

Wiesiek wyjął papierosa.

— No i chuj.

Wieczorem przyjechał major.

Był czerwony jak burak i darł mordę tak głośno, że przez chwilę nie było słychać artylerii.

— WY PIERDOLONY DEBILU! ZNISZCZYLIŚCIE CAŁY NASZ KONWÓJ!

— No to po chuj malowali na nim jakieś Z?!

— BO TO NASZE OZNACZENIE!

— To trzeba było, kurwa, napisać!

Major chciał go zastrzelić, ale w tym momencie zadzwonił telefon.

Dzwoniono z dowództwa.

Okazało się, że informacja o zniszczeniu trzydziestu pojazdów zdążyła już dotrzeć do Moskwy. Ministerstwo Obrony ogłosiło wielkie zwycięstwo nad ukraińskimi siłami. Rosyjska telewizja pokazywała płonące ciężarówki, a prowadzący program przekonywał widzów, że operacja dowodzi całkowitej przewagi rosyjskiej artylerii.

Major słuchał przez chwilę, po czym odłożył słuchawkę.

Popatrzył na Wieśka.

— Gratuluję.

— Czego, kurwa?

— Wybitnego sukcesu.

— Ale przecież przed chwilą...

— Zamknij mordę, bo cię jeszcze odznaczymy.

Wiesiek się napierdolił, zasnął, i następnego dnia obudził się jako porucznik.

Porucznik Wiesiek dostał własny pluton i samochód.

Samochód był rosyjski, więc nie działał. Kierowca twierdził, że to przejściowe. Wiesiek powiedział mu, żeby przestał pierdolić i znalazł wódkę.

Wódkę znaleziono natychmiast.

Samochód nadal nie działał.

Pewnego ranka przyszedł rozkaz przeprowadzenia natarcia.

Wiesiek dostał mapę z zaznaczonymi pozycjami rosyjskimi i ukraińskimi.

— Tutaj są nasi — wyjaśnił kapitan, pokazując czerwone oznaczenia. — A tutaj Ukraińcy.

— Dobra.

— Macie uderzyć tutaj.

— Dobra.

— Wszystko jasne?

— Jak słońce, kurwa.

Wiesiek wrócił do ziemianki i natychmiast otworzył butelkę.

Po dwóch godzinach spojrzał ponownie na mapę.

Problem polegał na tym, że trzymał ją do góry nogami.

— Sasza!

— Tak jest!

— Czemu te jebane Ukraińce siedzą tak blisko naszych?!

Sasza spojrzał.

— Panie poruczniku, to są Rosjanie.

— A ci?

— Też Rosjanie.

— No to gdzie są, kurwa, Ukraińcy?!

— Po drugiej stronie mapy.

Wiesiek odwrócił mapę.

— Aha.

Potem nalał sobie kolejny kieliszek.

Godzinę później wydał rozkaz natarcia.

Niestety zdążył już zapomnieć o odwróceniu mapy.

Jego pluton ruszył prosto na rosyjskie pozycje.

Kiedy dotarli do pierwszego okopu, Wiesiek oznajmił, że przejmuje dowodzenie.

Miejscowy kapitan kazał mu spierdalać.

Wiesiek odpowiedział, że sam ma spierdalać, bo on tutaj prowadzi operację wojskową.

Kapitan powiedział, że Wiesiek jest pijanym idiotą.

Wiesiek odpowiedział, że może i jest pijany, ale przynajmniej nie jest pierdolonym Ruskiem.

Zapadła niezręczna cisza.

— Kak?! — zapytał kapitan.

— Nic, kurwa. Taki żart.

Ktoś w tym momencie wystrzelił.

Nikt później nie ustalił kto.

Po chwili jedna rosyjska kompania zaczęła strzelać do drugiej, druga do pierwszej, a trzecia, która usłyszała strzelaninę, uznała, że trwa ukraiński atak, i również otworzyła ogień.

Zrobiła się taka rozpierducha, że nawet Ukraińcy po drugiej stronie frontu przestali strzelać, żeby zobaczyć, co się dzieje.

Wiesiek schował się z Saszą w ziemiance.

— Sasza?

— Tak, panie poruczniku?

— Co tam tak napierdala?

— Nasi.

— Do kogo?

— Do naszych.

Wiesiek zastanowił się przez chwilę.

— No to przynajmniej wiadomo, że nie do nas.

Nalał sobie.

Po godzinie skończyła się amunicja. Na polu leżało ponad stu rosyjskich żołnierzy.

Wiesiek wyszedł z ziemianki, obejrzał zniszczenia i gwizdnął.

— O ja pierdolę. Aleście narobili burdelu.

Przyjechał pułkownik.

Przez dwadzieścia minut wypytywał Wieśka o przebieg operacji. Wiesiek odpowiadał, że nic nie wie, ponieważ siedział w ziemiance i pił.

Pułkownik był coraz bardziej zdumiony.

— Czyli nie straciliście ani jednego człowieka ze swojego plutonu?

— Nie.

— A przeciwnik stracił ponad stu?

— No.

— I przez cały czas pozostawaliście poza zasięgiem ognia?

— W ziemiance, kurwa.

Pułkownik wyprostował się.

— Znakomicie.

— Co znakomicie?!

— Uderzyliście na przeciwnika, sprowokowaliście go do wzajemnego ostrzału i oszczędziliście własne siły.

— Ale to byli Rosjanie!

Pułkownik spojrzał na niego z irytacją.

— Towarzyszu poruczniku, nie możecie bez przerwy czepiać się szczegółów.

Wieczorem odbyła się uroczysta kolacja.

Wiesiek wypił tyle samogonu, że zasnął w wannie.

Następnego dnia obudził się jako major.

Wiesiek otrzymał dowództwo nad kilkuset żołnierzami.

Pierwszą decyzją nowego majora było przeniesienie zapasów wódki bliżej jego gabinetu.

Drugą — zwolnienie kucharza, ponieważ ten odmawiał smażenia schabowych.

Trzecią — wysłanie trzydziestu żołnierzy na poszukiwanie musztardy saperskiej.

Musztardy nie znaleziono, ponieważ miejscowy magazyn został wcześniej zniszczony przez rosyjską artylerię.

Wiesiek wpadł w szał.

— KTO, KURWA, ROZPIERDOLIŁ MAGAZYN?!

— Nasza artyleria, panie majorze.

— PO CO?!

— Przez pomyłkę.

— Aha. No to dobrze.

Kilka dni później major otrzymał rozkaz przeprowadzenia dużej ofensywy.

Na odprawie pokazano mu mapy, zdjęcia satelitarne, schematy i piętnaście stron instrukcji.

Powiedzmy w skrócie, że wynikiem tego zaczęło się kolejne wzajemne napierdalanie.

Rano przyszedł raport.

Sześciuset zabitych i rannych.

Dwadzieścia siedem zniszczonych pojazdów.

Dwa utracone magazyny.

Żadnych zdobyczy terytorialnych.

Wiesiek popatrzył na kartkę.

— Ja pierdolę. Tym razem to już mnie rozstrzelają.

Sasza pokiwał głową.

— Bardzo możliwe, panie majorze.

Wiesiek nalał sobie ostatni kieliszek.

— No to zdrowie.

Następnego dnia przyjechał generał.

Wiesiek stanął przed nim i czekał na wyrok.

Generał przez dłuższą chwilę czytał raport.

— Sześciuset ludzi...

— Tak jest.

— Dwadzieścia siedem pojazdów...

— Tak jest.

— Dwa magazyny...

— Tak jest.

— I nie zdobyliście ani metra terenu.

— Tak jest.

Generał zdjął okulary.

— Niezwykłe.

Wiesiek spuścił głowę.

— Wiem, kurwa.

— Majorze, służę w rosyjskiej armii od trzydziestu lat. Widziałem wielu dowódców. Jedni tracili ludzi i prosili o posiłki. Inni tracili sprzęt i żądali zaopatrzenia. A wy, majorze, straciliście sześciuset ludzi, dwadzieścia siedem pojazdów, dwa magazyny i nawet nie poprosiliście o posiłki! Ani jednej skargi! Ani jednego telefonu!

— Bo byłem najebany, kurwa.

Generał pokiwał głową z podziwem.

— Niesamowite. Nawet alkohol nie przeszkadza wam w wykonywaniu obowiązków. Rosja potrzebuje takich ludzi!

Wieczorem Wiesiek napił się z generałem tak, że obaj zasnęli pod stołem. Rano obudził się jako pułkownik.

Pułkownik Wiesiek dostał osiem tysięcy żołnierzy i rozkaz przeprowadzenia wielkiej ofensywy. Na odprawie pokazano mu mapy, zdjęcia satelitarne i szczegółowe plany.

— Ja pierdolę, ile tego gówna. Nie można po prostu wszystkich wysłać?

— Wszystkich naraz, panie pułkowniku?

— No wszystkich, kurwa! Po chuj mamy się z tym pierdolić?!

Dowództwo uznało to za genialny pomysł.

Do wieczora z ośmiu tysięcy żołnierzy zdolnych do walki pozostało około dwóch tysięcy. Nie zdobyto ani jednej wsi, ani jednej drogi, nawet pierdolonego wychodka.

Wiesiek przeczytał raport.

— Sześć tysięcy? Ja pierdolę. Tym razem mnie powieszą.

Postanowił się najebać.

Nazajutrz przyjechała delegacja z Moskwy.

— Pułkowniku, wasza bezwzględność jest imponująca! Sześć tysięcy strat i ani chwili wahania! Żadnych sentymentów! Takich dowódców potrzebuje Rosja!

— Ale ja jestem, kurwa, Polakiem!

— I do tego symbol przyjaźni między naszymi narodami! Wspaniale!

Wieczorem zorganizowano bankiet. Wiesiek wypił z generałami, potem z jakimś ministrem, a na koniec z człowiekiem z Kremla. O trzeciej nad ranem leżał pod stołem, śpiewając polski hymn.

Obudził się w luksusowym apartamencie.

Przy łóżku stał Sasza.

— Dzień dobry, panie generale!

— JAKI, KURWA, GENERAŁ?!

Sasza wskazał na mundur z generalskimi gwiazdkami.

Wiesiek usiadł.

— Ja pierdolę. Sasza, ilu ja właściwie tych Ruskich zajebałem?

— Około siedmiu tysięcy, panie generale.

W tym momencie zadzwonił telefon.

— Towarzyszu generale! Sztab Generalny powierza wam dowództwo nad nową operacją. Do waszej dyspozycji oddajemy czterdzieści tysięcy żołnierzy!

Wiesiek zamilkł.

— Czterdzieści tysięcy?

— Tak jest!

— Wszystko Ruscy?

— Oczywiście!

Wiesiek spojrzał na Saszę. Sasza spojrzał na Wieśka.

Odłożył słuchawkę i otworzył wódkę.

— Sasza, polewaj.

W rosyjskim Sztabie Generalnym panowało tymczasem przekonanie, że odkryto największego geniusza wojskowego od czasów Żukowa.
Wiesiek się napierdolił

Wiesiek wyszedł w sobotę wieczorem na „jedno piwo”, tak przynajmniej powiedział żonie. O jedenastej próbował przekonać barmana, że Polska powinna odzyskać Smoleńsk. O północy, stojąc na stole z rozpiętym rozporkiem, śpiewał hymn Rosji. Potem jakiś typ w skórze zaproponował mu „podróż życia”. Odpowiedział, że pojedzie nawet do diabła, byle nie pierdolili mu o polityce. O drugiej film się urwał.

Rano otworzył oczy w rowie, w którym śmierdziało gównem i benzyną. Głowa napierdalała jak młot pneumatyczny. Nad nim — szare niebo, obok karabin i brodaty skurwysyn żujący konserwę. Huk, ziemia drży.

— Gdzie ja, kurwa, jestem? — Donbas. — Jaki, kurwa, Donbas? Ja wczoraj piłem w Radomiu! — To trzeba było mniej chlać.

Do okopu zlazł oficer z twarzą wiecznie wkurwioną.

— Wstawaj, Polak. Za godzinę atak. — Co, kurwa, atakujecie? — Ukraińców. — A co ja mam z tym wspólnego, ty tępy chuju?! — Jesteś na liście. — Jakiej liście?! — Żołnierzy. — To, kurwa, skreśl mnie, bo ja z tego cyrku nie chcę być!

Wieczorem spierdalał przez las i wpadł do wioski z tablicą o federalnej modernizacji. Pod tablicą leżało wielkie gówno, jakby ktoś uznał, że to też element programu.

Sołtys Iwan nalał mu samogonu i z dumą powiedział, że podpala ludziom chaty dla zabawy i dotacji.

— Jak mnie wkurwią, to ogień. Potem biorę kasę na odbudowę. Piękny interes, chuju.

Śmiał się, aż mu ogórek wypadł z pyska.

Nad ranem żołnierze zabrali Wieśka z powrotem.

— Tu jest wasz Polak — nie zabijcie go od razu, całkiem nieźle pije.

Trzy dni później znowu las, znowu błoto, znowu ta sama tablica. Trafił do Siergieja, chudziaka z budowlanki.

Ten mówi:

— Iwan podpala, ja buduję, Moskwa płaci, wszyscy szczęśliwi, oprócz tych, którym spaliło chałupę, ale kogo to, kurwa, obchodzi.

Pół wioski płonęło już po pięć razy, a nagrody przedsiębiorcy roku sypały się jak z worka.

— To jest, kurwa, absurd — mówi Wiesiek. — Nie, to jest Rosja, ty polski debilu — odpowiada Siergiej.

Następnego dnia znowu ciężarówka, znowu front.

Po kolejnych trzech dniach uciekł i trafił do popa. Pop lał koniak i pierdolił o moralności, a ludzie szeptali, że gwałci kobiety i zastrasza każdego, kto piśnie.

— Ty, kurwa, hipokryto — mówi Wiesiek — sam jesteś bandytą w sutannie.

Pop dzwoni i znów wojsko.

Po czwartej ucieczce wpada do burdelu. Natasza mówi wprost:

— Czasem zabijam klienta, wyjmuję nerki, sprzedaję gangsterowi. Komendant ma procent, państwo śpi.

Wiesiek ma ochotę rzygać, ale zanim zdąży, sierżant wpada i drze mordę:

— Ty polski pasożycie, ile razy mamy cię zgarniać?! — A ile razy będziecie mnie, kurwysyny, pchać na tę zasraną wojnę?! — Tyle, ile trzeba. — To się jeszcze, chuju, zobaczymy.

Piąta ucieczka kończy się pogrzebem sołtysa. Okazuje się, że gangster Wiktor zastrzelił go za podpalenie bez zgody.

Wiktor przyjmuje Wieśka w willi pełnej złotych ikon i wypchanych niedźwiedzi. Opowiada, że cała wioska to jeden wielki ruski interes: pop, sołtys, budowlaniec, burdel — wszyscy w układzie, a Moskwa daje kasę.

— To my jesteśmy, kurwa, państwem — mówi.

Wyciąga klamkę:

— Będziesz z nami robił interesy, czy wolisz zniknąć?

Wiesiek ma dość, łapie samowar i jeb w łeb. Wiktor pada trupem.

— No i chuj, reforma gospodarcza zakończona sukcesem.

Wpada wojsko:

— Masz doświadczenie bojowe? — Doświadczenie?! Wy mnie pięć razy wysyłaliście na front, wy niedojebane płody radzieckiego militaryzmu! — Świetnie, jedziesz walczyć.

Tym razem ma szczęście: Ukraińcy go łapią, on drze japę po polsku, oni patrzą, potem śmieją się jak pojebani i mówią, że jeszcze takiego przypadku nie było.

Sprawdzają papiery, oddają Polsce.

Klęka, całuje asfalt, przysięga, że więcej nie tknie wódy.

Dwa dni śpi, żre schabowe, ogląda telewizję.

Trzeciego dnia dzwoni Andrzej:

— Chodź na jedno, kurwa.

Wiesiek idzie, nikt mu nie wierzy, więc wkurwiony zamawia wódę, potem drugą, potem trzecią.

O pierwszej śpiewa hymn Związku Radzieckiego. O drugiej film się urywa.

Rano znów błoto, znów płaszcz, znów artyleria. Brodaty skurwysyn żuje konserwę.

Wiesiek zaciska pięści i ryczy tak, że ponoć w Doniecku szyby pękają:

— JA PIERDOLĘ, KURWA MAĆ, ZNOWU?!

Sierżant wychodzi zza zakrętu, szczerzy ryj:

— O, Wiesiek! Ty znowu tutaj, polski skurwysynu?! Dawaj, dziś atakujemy.

I tu się kończy, bo inaczej to już nawet diabeł by się znudził.

KONIEC.
0
1
7
1,697
Jak to się stało, że Mercedes-Benz, marka obciążona historią udziału w niemieckich 🇩🇪 zbrodniach przeciwko Polakom 🇵🇱, stał się w Polsce symbolem sukcesu i prestiżu?
81
6
134
12,069
Kupować niemiecki samochód, bo jest solidny itp, to jedno.
Ale kupować LUKSUSOWY niemiecki samochód to już co innego.
Gratuluję, że wreszcie poszedł Pan po rozum do głowy i zaprzestał tego obwoźnego popierania nazistowskich zbrodni popełnionych na własnych rodakach.

Ówczesny Daimler-Benz produkował ciężarówki, silniki lotnicze i uzbrojenie dla Wehrmachtu, wykorzystując do tego niewolniczą pracę Polaków deportowanych z okupowanych terytoriów, jeńców wojennych i więźniów obozów koncentracyjnych.

Pod koniec 1944 roku niemal POŁOWĘ spośród ponad 63 TYSIĘCY pracowników koncernu stanowili robotnicy przymusowi, jeńcy i więźniowie.

Pracowali nawet po 12 godzin dziennie, cierpiąc głód, wycieńczenie i nieludzkie traktowanie. Wielu nie przeżyło.

Tak że gratuluję.

Naprawdę miło widzieć ten patriotyzm.
1
1
13
2,060
Gratuluję, że wreszcie poszedł Pan po rozum do głowy i zaprzestał tego obwoźnego popierania nazistowskich zbrodni popełnionych na własnych rodakach.

Ówczesny Daimler-Benz produkował ciężarówki, silniki lotnicze i uzbrojenie dla Wehrmachtu, wykorzystując do tego niewolniczą pracę Polaków deportowanych z okupowanych terytoriów, jeńców wojennych i więźniów obozów koncentracyjnych.

Pod koniec 1944 roku niemal POŁOWĘ spośród ponad 63 TYSIĘCY pracowników koncernu stanowili robotnicy przymusowi, jeńcy i więźniowie.

Pracowali nawet po 12 godzin dziennie, cierpiąc głód, wycieńczenie i nieludzkie traktowanie. Wielu nie przeżyło.

Tak że gratuluję.

Naprawdę miło widzieć ten patriotyzm.
Zmieniłem samochód, więc poprzedni jest na sprzedaż.

Przejeździłem nim kilka razy całą Polskę, co widać po przebiegu. Nigdy mnie nie zawiódł, szczerze go polecam.

Będę płakał, gdy nabywca będzie nim odjeżdżał :)
10
9
87
6,982
Tym razem zdewastują bulward... Poniatowskiego.
4
0
13
1,822
Giscard était parti en se faisant siffler.

Comment partira Macron ?...
2
1
7
1,393
Daniel Foubert 🇵🇱🇱🇹 retweeted
Edward Okuń - Jesienne liście (olej na płótnie, 33 x 48,5 cm), 1912, Muzeum Narodowe w Warszawie. #PolishMastersofArt
1
31
187
2,225
Wyobraź sobie, że jesteś Francuzem. Co podpalasz?
52
2
27
4,468
Wyjazd zawsze jest tragedią. Różni się tylko stopień.
@d_foubert Władek, kuzyn Leszka, ruszył do Holandii. Zostawił w Polsce żonę i dwoje dzieci. Niestety nie wytrzymał pogardy i samotności i zaczął pić. Wpadł w nałóg. Wrócił do Polski jako nałogowy alkoholik bez kasy. Z żoną przestało się układać. Władek się powiesił.
0
0
7
2,308
Leszek wyjechał do Francji wiosną 1996 roku.

Miał 26 lat, walizkę z blachy i adres kuzyna w Lyonie. Matka wcisnęła mu do plecaka kabanosy i powiedziała: jedź, tam chociaż zarobisz. Ojciec nie powiedział nic. Stał w drzwiach stodoły i patrzył.

Autokar jechał całą noc. Leszek siedział przy oknie i nie spał. Myślał o tym, że wróci za rok z pieniędzmi i kupi ojcu traktor. Nie wrócił za rok. W Lyonie czekał na niego kuzyn. Nie było go na dworcu. Leszek stał z walizką dwie godziny, aż w końcu podszedł do budki telefonicznej, wykręcił numer i usłyszał ten sam głos z dzieciństwa, tylko teraz z francuskim akcentem. Kuzyn powiedział: jestem w Marsylii, nie mogę przyjechać, znajdź sobie coś. I rozłączył się.

Leszek nocował na dworcu. Rano poszedł szukać roboty. Szedł od budowy do budowy, pytał po francusku, którego nie znał, i pokazywał rękami. Trzeciego dnia wziął go Brytyjczyk, który budował halę magazynową. Płacił w gotówce, pod koniec dnia, i nie pytał o papiery. Leszek nosił deski, kopał rowy, nosił cegły. Wieczorem wracał do pensjonatu za stacją, gdzie spał w pokoju z czterema innymi — dwoma Turkami, Algierczykiem i Rumunem. Nikt z nimi nie rozmawiał. Każdy jadł swoje i szedł spać.

W kuchni pensjonatu pachniało zupą z kości i stęchlizną. Na ścianie wisiał kalendarz z nagim modelem, którego nikt nie oglądał. Leszek jadł przy stole z widelcem, którego przyniósł z Polski, bo nie ufał tym francuskim. Nikt go nie pytał, skąd jest. Nikt nie chciał wiedzieć.

Po trzech miesiącach Brytyjczyk zniknął. Zostawił zaległą wypłatę u dozorcy i ulotkę z numerem telefonu. Leszek zadzwonił. Numer nie działał. Poszedł do policji, ale policja nie chciała go słuchać — był cudzoziemcem bez papierów, bez meldunku, bez niczego. Wrócił do pensjonatu i po raz pierwszy od wyjazdu usiadł na łóżku i płakał. Nie z tęsknoty. Z złości. Bo zrozumiał, że tu nikt go nie szanuje nie dlatego, że jest Polakiem, ale dlatego, że jest nikim.

Potem znalazł drugą robotę. Tym razem u Francuza, który remontował kamienice w centrum. Ten płacił gorzej, ale regularnie, i po roku dał mu stałe zlecenie. Leszek nauczył się francuskiego z rusztowania — od ekipy, od dozorcy, od ekspedientki w sklepie spożywczym. Mówił z błędami, z polskim akcentem, ale mówił. I kiedy Francuzi słyszeli ten akcent, w ich oczach pojawiało się coś między pogardą a politowaniem. On to widział. I udawał, że nie widzi.

Na podwórku pensjonatu suszył pranie. Majtki, skarpetki, koszule w kratę. Francuscy sąsiedzi zza płotu patrzyli. Jeden z nich, starszy pan w kapeluszu, powiedział kiedyś do drugiego: ci Polacy nie mają wstydu. Leszek to usłyszał. Nie odpowiedział. Po prostu zdjął majtki z linek, złożył je starannie i wniósł do środka.

Pieniądze odkładał do puszki po herbacie. Kiedy puszka się zapełniła, kupił narzędzia. Potem małą betoniarkę. Potem skuter. I w końcu, po ośmiu latach, założył własną firmę. Nazwał ją tak, jak nazywała się wieś, z której przyjechał. Francuzi nie umieli tego wymówić. On nie tłumaczył.

Firma rosła powoli. Najpierw dziesięciu ludzi, potem trzydziestu, potem stu. Leszek najpierw budował domy dla klasy średniej w przeciętnych dzielnicach, potem biurowce dla korporacji w strefach przemysłowych, a w końcu ogromne apartamentowce dla tych, którzy chcieli mieszkać wysoko i patrzeć w dół, nawet jeżeli to było w klatce dla królików. Sam mieszkał w małym mieszkaniu nad warsztatem. Nie miał żony. Nie miał dzieci. Miał telefon, który dzwonił w nocy, i kalendarz pełen spotkań.

I pewnego dnia, kiedy siedział w biurze na dwudziestym piętrze i patrzył na Paryż, który lśnił słońcem tak, jak lśnią tylko miasta cudzych ludzi, poczuł coś znajomego. To samo uczucie, które miał na dworcu w Lyonie. Że nie wie, gdzie jest góra, a gdzie dół. Że wszystko, co zbudował, jest z betonu i szkła i niczego nie znaczy.

Wtedy pojechał do Polski. Nie po to, żeby wracać. Po to, żeby pokazać. Wrócił jako człowiek sukcesu — garnitur, zegarek, samochód z kierowcą. Kupił działkę pod Warszawą, postawił willę z marmurowym lwami przed wejściem, założył drugi oddział firmy, potem trzeci. Konglomerat rósł — nieruchomości, transport, materiały budowlane, a nawet mała sieć hoteli.

Ale w nocy, kiedy wszyscy spali, Leszek siedział w kuchni willi i patrzył na ścianę.

Na tej ścianie nie było nic.

Żadnych obrazów, żadnych zdjęć. Tylko gładka, biała farba. I w tej bieli widział stodołę. Widział ojca w drzwiach.

Ale ojca już nie było. Stodoły już nie było.

Była tylko biała ściana, na której nie było nic.

Dobra. Teraz muszę wyjść do lasu i Leszek niestety zostanie ze swoimi problemami.
23
17
512
85,030